• Wpisów:633
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:dzisiaj, 11:15
  • Licznik odwiedzin:16 588 / 981 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Na jednym z przedmiotów na studiach miałam opracować case study w oparciu o działalność sieci Piotr i Paweł. Moja prognoza okazała się całkowicie błędna, ale dostałam bdb za logikę wypowiedzi. Napisałam, że PiP w przyszłości nie będzie powiększać sieci o sklepy w mniejszych ośrodkach, ponieważ będą chcieli zachować wizerunek luksusowych delikatesów dla wymagających klientów, szukających unikatowych, niedostępnych w dyskontach produktów. No i nie miałam racji. W moim małym miasteczku rok temu został otwarty PiP i chociaż regularnie robię w nim zakupy, nie da się nie zauważyć pustoszejących półek i powrórki z Almy.

Przeczytałam wywiad z prezesem i wiceprezesem PiP (o tutaj: https://www.wiadomoscihandlowe.pl/artykuly/skoro-jest-tak-dobrze-to-czemu-jest-tak-trudno-wyw,43066) i nie trzeba mieć stopnia z ekonomii, żeby czuć ściemę. Najpierw kłopoty miała powodować przerwa wakacyjna, kiedy klienci PiP wyjechali na urlopy do mniejszych miejscowości, w których nie ma sklepów sieci. Potem winne były zmiany na magazynie. Obecnie przedmiotem dyskusji jest kanibalizacja czyli ruch obecnych klientów między różnymi sklepami PiP zamiast przyciągania nowych nabywców, co nadal brzmi jak poważne kłopoty.

W komentarzach ktoś słusznie zauważył, że prawdziwym problemem są ceny dumpingowe dyskontów, które wprowadzają markowy towar na tygodniową przecenę o 50% przyciągając klientów. No fakt, ale musiałabym być naprawdę bardzo zdesperowana, żeby pójść do Biedronki po pieczywo, słodycze (szczególnie pączki i inne wypieki) albo warzywa/owoce. Ogółem brzydzę się Biedronką (na moim osiedlu to brudny, zagracony sklep w którym stoi się kwadrans w kolejce do jedynej czynnej kasy) i poza dobrą ceną mascarpone i jednym sokiem mandarynkowym kupuję tam rzadko i z konieczności.

Obawiam się, że PiP może upaść. Nie płakałam za Almą, parę lat temu nie było mnie stać na zakupy w Almie, ale PiPu będzie szkoda. Szczególnie, że to naprawdę nie jest drogi sklep i jeśli chodzi o produkty typowe, jest tak samo drogo jak w Lidlu. Ale pamiętam jak parę lat temu w TVNie debiutował serial "Przepis na życie" i w pierwszym odcinku bohaterka, która właśnie straciła pracę, robiła zakupy w Almie. Ktoś wtedy napisał komentarz który szedł mniej więcej tak - "TVN znowu oderwany od rzeczywistości, bezrobotna kupująca w Almie, haha". Najwyraźniej podobnie jak świętej pamięci Alma, Piotr i Paweł chyba nie oderwał się od wizerunku drogiego supermarketu, z którym całkiem nieźle uporała się Stokrotka i Delikatesy Centrum, też niegdyś uchodzące za wyższą spółkę wśród spożywczaków.
  • awatar pushthebutton: U mnie w PiPie po staremu
  • awatar blackberryswirl: @pushthebutton: Widać, bardzo. Cała półka zastawiona jednym typem ryżu, żeby wyglądało że jest towar, podczas gdy wgłąb regału pusto. To samo z masą innych produktów. Z Almą było to samo.
  • awatar pushthebutton: Ale widzisz kłopoty PiPu? Bo ja i siebie nie. Jak mo teraz PiP po Almie padnie to sie wscieknę! Lubię ich wielkość. Nie lubię lidli i biedron. Tam nigdy nie ma wszystkiego czego potrzebuję :/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Myślę, że mam już wykreowane zdanie na temat polskiego Vogue'a. Ogółem jest to koszmarne pisemko dla osób, którym światowy tytuł ma wynagrodzić brak gustu. W środku reklamy Avonu, H&M i czekoladek Merci, żeby przeciętna czytelniczka mogła mieć jakikolwiek punkt zaczepienia dla swoich decyzji konsumenckich. Teksty otwierają te same słowa, które śmieszyły mnie wiele lat temu, kiedy kupiłam swój pierwszy Harper's Bazaar i wydawało mi się, że to lepszy produkt niż Claudia albo Glamour - banały o tym, jak bohaterka artykuliku "otworzyła mi drzwi bez makijażu i w prostym kaszmirowym swetrze, na który zarzuciła wilgotne i pachnące szamponem włosy". Kurwa, serio? Jest Lecha Wałęsa, papież (ten jedyny słuszny), główki kapusty i Robert Lewandowski. Szkaradztwo.
  • awatar Gość: Ja to ujmę tak, pisemko dla kobiet, typowych kobiet więc czego tu wymagać? hahahahahahahahahaha
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
W najlepszym aquaparku w regionie zanim podejdzie się do kas trzeba pobrać numerek, co ma sens z uwagi na masę odwiedzających i konieczność zarządzania tym tłumem. Kiedy dotknęłam panelu wyświetliła mi się informacja, że szacowany czas stania w kolejce do kasy to 40 minut. Chyba że do strefy 18+. Wtedy 0 minut.
Trochę mnie to rozśmieszyło, bo szłam do strefy dla dorosłych, więc spokojnie wyminęłam cały ogonek i pan ochroniarz odsunął mi taśmę do osobnych kas. Jeśli poprawnie zrozumiałam mechanizm, przy czterdziestominutowej kolejce do kas, przynajmniej jedną trzymano zablokowaną dla potencjalnych gości strefy 18+. Nie wiem czy dostatecznie dobitnie się wyrażam - to nie jest kwestia pierwszeństwa, bo pierwszeństwo oznaczałoby wejście przed pierwszą osobę w kolejce, ale bez wyrugowania obecnie obsługiwanej; ta kasa była całkowicie zarezerwowana dla potencjalnych gości strefy nietekstylnej. Czy było mi to na rękę? No raczej. Czy miałabym z tym problem, gdybym stała z dwiema torbami i trójką bąbelków w czterdziestiominutowej kolejce? Pewno tak.

Ponieważ jestem bacznym obserwatorem tego jak rozwija się sfera usług zarezerwowanych dla dorosłych, nie mogłam nie zauważyć kilku różnic w prowadzeniu obiektu. Szatnie w strefie dla dorosłych są ładniejsze, czystsze, a przy lustrach i suszarkach są krzesła barowe. Miła pani przy barze zaparzy kawkę albo, szczyt stereotypu, zamówi sushi. Obowiązuje strefa ciszy. Jest wyjście na taras. W aquaparku dwadzieścia minut stoi się w kolejce do zjeżdżalni i z całą pewnością nie spuściłabym z oka swojej butelki z wodą. Ale nie to jest najbardziej uderzające. Strefa 18+ jest w określonych godzinach tańsza. I to jest dopiero ewenement. Parę lat temu posiadacze Karty Dużej Rodziny wygrywali w przedbiegach jeśli chodzi o tańsze bilety i przywileje, a tutaj nagle obiekt X, aquapark, który z definicji został zbudowany dla rodzin, robi strefę dla dorosłych, która naprawdę robi wrażenie.

Najwyraźniej jest zapotrzebowanie. Nie zwróciłam uwagi, czy komuś wyszła żyłka, że nie musiałam odstać swojego w kolejce. Bo to by było na tyle, jeśli chodzi o bycie komuś belką w oku. Potem obie części obiektu są od siebie oddzielone dźwiękoszczelnymi drzwiami. Ale, trochę z innej beczki, niedawno sprawdzałam oferty różnych instytucji. Najlepsza restauracja w promieniu dziesięciu kilometrów prowadzi specjalne warsztaty dla dzieci - świetna sprawa. Opera, filharmonia i teatr - osobne bloki. Jako wolontariusz Akademii Przyszłości widziałam, jaką ofertę dla dzieci mają galerie, muzea, knajpy (menu dla dzieci to już standard i BARDZO DOBRZE). Dzisiaj rano byłam na stoku - szkółka dla dzieciaków ma się świetnie i jest dla mnie rzeczą dość oczywistą, że na oślej łączce to one są u siebie, a ja muszę dostosować zakres ruchu. Także jeśli kogoś by kręciło w nosie, że zamiast stać w kolejce na obiekt wchodzę bokiem do osobnego sektora dla dorosłych, to naprawdę musiałby nie mieć świadomości swoich przywilejów.
  • awatar pushthebutton: Mi nigdy żadne dzieci w saunie nie przeszkadzały, a własne mam ogarnięte. Nigdy żadnego wietrzenia saun ;) zresztą dzieciaki rzadko do saun chodzą. A mój akurat lubi. Ja ci współczuję tych wsuzatkich strasznych historii z dziećmi sikającymi pod prysznicem czy robiącymi kupę do basenu. I sie szalenie cieszę, że mnie nie spotykają ;) Jedynie na basenie dzieci nie sa cicho i chlapią. Cóż.
  • awatar mojaparanoja: @blackberryswirl: !!!! O matko. Jakie historie! Większość życia spędziłam bez dzieci i raczej wkurzały mnie dzieci w miejscach ewidentnie dla dorosłych, albo gdy rodzice mieli wyjebane na to, co dzieci robią i dlatego teraz nie tarrgam dziecka wszędzie ze mną, bo raz, że dziecko nie lubi siedzieć w restauracji, nie lubi chodzić po sklepach, dwa, skoro chciałam dzieci, to muszę się trochę nagiąć. I nadal uważam, że nie każde dziecko powinno siedzieć w restauracji. Szczególnie dwuletnie, które ma w dupie uwagi typu bądź cicho, bo pani je zupę.
  • awatar blackberryswirl: Ja oczywiście mam świadomość, że większość rodziców nie zachowuje się jak święte krowy, ale nigdy nie mam gwarancji. Przy wyjeździe na święta można zadeklarować pewne specjalne życzenia. Nie wpadłam na to, ale masa osób deklaruje, że nie życzy sobie dzieci przy stole wigilijnym lub wielkanocnym. I rzeczywiście - rodzice z dziećmi w naszym hotelu dostali osobne stoliczki i musiał być o to jakiś kwas, bo obsługa bardzo dbała, żeby dzieci nie zbliżały się do pełnoletnich gości.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (22) ›
 

 
Kupiłam Vogue Polska. Nie jest dobrze. Okładka, z której rży pół Polski jest najmniejszym problemem tego magazynu. Treść na razie nie robi wrażenia (ale dopiero zaczęłam, więc może zmienię zdanie). Cały czas nie wiem kto jest grupą docelową. Wydaje mi się, że kobiety które ubierają się u reklamodawców mają też wyższe oczekiwania niż przewidzieli redaktorzy układający banalne leady i podpisy jak z Pani Dom do zdjęć i kolaży jak z Avanti.
  • awatar Pani-Bożenek: @blackberryswirl: W tym włoskim rubik naćpana jest
  • awatar blackberryswirl: @Pani-Bożenek: Rubik na worku ziemiaków?
  • awatar Pani-Bożenek: @blackberryswirl: Widziałam na Jutubie porównanie zdjęć z włoskiego Voga do tego naszego i szczerze to mamy lepszą sesję. Coco Colection pokazywała.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Market z ambicjami. Kolejka do kasy. Jeden krok za mną stoi ojciec z córką, córka wygląda na którąś z ostatnich klas podstawówki. Nie zwróciłam na nich uwagi, dopóki ojciec autorytatywnym tonem nie zapytał o ocenę ze sprawdzianu, nie dosłyszałam z jakiego przedmiotu.
- Czwórka - odpowiedziała dziewczynka.
- Aha. I to cię urządza, jak rozumiem? - zapytał ojciec.
- Czwórka to przecież dobra ocena - powiedziała trochę ciszej.
- No tak. Najpierw cię będą urządzać czwórki, potem trójki, potem dwójki, aż w końcu będziesz dostawać pały.
- Ale...
- Żadne ale. Skoro czwórka to szczyt twoich ambicji to nie mamy o czym rozmawiać.
- Z angielskiego dostałam piątkę minus - dodała szybko.
Odpowiedzi nie było.

Zabrakło mi odwagi, żeby się odwrócić i coś powiedzieć. Ale mam nadzieję, że kiedyś ta dziewczynka kopnie go w dupę tak mocno, że zaryje nosem o tę słynną szklankę wody, na którą nie zasługuje.
  • awatar Tooona: @Persephone: to wspolczuje, musialo byc mega ciezko. A jak jest teraz? U mnie z kolei na odwrot, rodzice mieli wywalone na moje oceny, jakie by one nie byly
  • awatar Persephone: Dopiero w LO było lepiej.
  • awatar Persephone: Znam to z własnego podwórka. A jak piątka to dlaczego nie szóstka. Były szóstki? Były. Można? No można...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
W małej, lokalnej księgarni, na witrynie ustawiono książki o wspinaczce wysokogórskiej. Taki mamy trend. Jednocześnie po złamaniu ręki przez Rafała Fronię wystosowany został oficjalny komunikat PZA, że to ubezpieczyciel pokryje wszystkie koszty związane z transportem, a nie podatnik. Zdziwiło mnie to, ale potem przeczytałam, że internauci protestują przeniwko finansowaniu akcji ratunkowych z podatków, co w sumie dalej mnie dziwi, bo mnie na przykład nie podoba się finansowanie "z naszych" całej masy rzeczy, ale nie strzępię o to języka w Internecie. Dziwi mnie też oburzenie, że na średnio rozgarnięte pytanie o to, jak się ktoś czuje ze złamaną ręką w górach wysokich, sam zainteresowany odpowiada że "do dupy". Hurrdurr, wysłać pana alpinistę na kurs z kultury osobistej, bo co to ma być. Ktoś podesłał mi linka do kolejnej petycji o zakaz wwożenia niedzielnych turystów fasiągami nad Morskie Oko. Problem w tym, że chlanie piwska na fasiągu jest ok, a udzielanie adekwatnych odpowiedzi na kretyńskie pytania nie jest ok, wspinanie się też nie jest ok. Rzeczą za to całkowicie normalną, która nie powinna nikogo oburzać, było dość zabawne info, że w KPNie trzeba było ściągać ze szlaku przemarzniętych członków pewnej społeczności znanej z noszenia klubowych szalików. "Chłopcy" wyszli w tych szalikach na szlak, a po zmroku zrobiło się ciemno i zimno, więc zadzwonili po GOPR. Zdziwilibyście się, ile osób stanęło w obronie "chłopców", którzy przecież dostali nauczkę. Cały czas nie wiem jaka to była nauczka, skoro przyjechali po nich ratownicy, dali ciepłą herbatkę i pewno jakieś rękawisie na zmarznięte paluszki.

Za niecałe dwa tygodnie wychodzę na szlak.
 

 
W weekend byłam w jednej z TYCH kawiarni, które ogłosiły zakaz wejścia dla małych dzieci. Ten konkretny lokal nawet nie ustawił poprzeczki szczególnie wysoko, bo siedmiolatki już są mile widziane. Zjadłam ciasto, wypiłam kawę, pograłam w gry planszowe (imponujący wybór nowych wydawnictw). Kawiarnia jakich wiele, może było trochę ciszej niż u bardziej "family-friendly" konkurencji i nie było przewijaka w łazience z oczywistych powodów.
Z całej dyskusji nad tym zakazem najlepiej zapamiętałam argument, który przetaczał się też przy analogicznych okazjach w całym kraju - takie lokale nie mają racji bytu, bo dorośli ludzie nie chodzą sobie posiedzieć przy kawie i ciastku.
Kawiarnia była pełna. A ciasto przepyszne.
 

 
Pierwsze narty od dekady. Prawie spłakałam się ze szczęścia, tak było mi przyjemnie na stoku.
 

 
Nigdy nie udało mi się zrozumieć narzekań na "ogrom pracy" jakim miałoby być sprzątanie domu. W moich czterech ścianach to seria dość bezmyślnych, powtarzalnych czynności, która stanowi miłą odmianę po pracy umysłowej.
  • awatar blackberryswirl: @mojaparanoja: To ogółem jest inna kwestia. Aczkolwiek zauważyłam, że wszystkie moje koleżanki (dość wąska grupa) które mają dzieci, cały czas mają czysto. Jasne, wszędzie leżą zabawki, maty edukacyjne, klocki i grzechotki, ale brudu/złogów kurzu nie ma. Trudno to nazwać bałaganem.
  • awatar mojaparanoja: Od kiedy mam dzieci wiem, że może być ciężko utrzymać porządek. Ale ogólnie zgadzam się z tobą.
  • awatar blackberryswirl: @hahahalszka: @Judyta Zagubiona: Okej, tego nie uwzględniłam. Największy metraż jaki sprzątąłam do 80m2. Przy czym to niekoniecznie kwestia metrażu, raczej jego zagospodarowania. Obecne mieszkanie sprząta się dość ciężko, bo jest po prostu nieszczególnie funkcjonalne.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Chciałam spać w schronisku z widokiem na jakąś panoramę. Ale wszystkie schroniska na interesującej mnie trasie okazały się porezerwowane do końca sezonu narciarskiego. Dorwałam jeden z trzech ostatnich wolnych pokoi w hotelu.

Dziesięć lat temu nie wyłożyłabym tyle za nocleg. Nieważne, że hotel kusi pysznym śniadaniem i basenem, szukałabym schroniska, nawet niedogrzanego i z płaskimi poduszkami. Można się z tego śmiać, ale rok temu prawie zjadła mnie frustracja, kiedy na kompletnie niedogrzanej Błatnej spałam pod kupką usypaną z własnych ciuchów i kurtki, a pod głową ułożyłam plecak, bo poduszka do niczego się nie nadawała. Na Błatnej jadłam chyba najlepsze schroniskowe śniadanie w historii mojego beskidomaniactwa, ale warunki noclegowe były trochę zbyt spartańskie na Beskidy, które cieszą się dobrą i dość gęstą infrastrukturą. Spałam w przepakowanych szesnastkach, bacówkach bez prądu, schroniskach bez ciepłej wody, schroniskach bez kontaktów w pokojach, schroniskach które utrzymują się z pijackich burd do samego rana i dobudówkach w których przez tydzień nie dało się wziąć prysznica i trzeba było ograniczyć się do strategicznego ochlapywania się. Teraz jestem bardziej wybredna.

Za dwa tygodnie trekking. Cieszę się.
  • awatar blackberryswirl: @ella!: *głęboki wzdech* Oficjalnie weszłaś do grupy moich ulubionych osób na pingerze. My możemy być z tej samej miejscowości. Ja bardziej okazyjnie, to jest na długie weekendy i wakacje, ale docelowo to moje ukochane okolice.
  • awatar ella!: @blackberryswirl: nie, nie w Szczyrku. Z drugiej strony Skrzycznego. Do Węgierskiej mam 10min. ;)
  • awatar blackberryswirl: @ella!: Schronisko na Skrzycznem jest znane z wielu rzeczy. Warunki to ich najmniejszy problem. To taka noclegownia z aspiracjami alpejskimi i masa ludzi bo wyciag. Zaliczyli incydent z pobiciem turystow oraz kradzieza zdjec na strone. Z cala pewnoscia nie zostawie u nich ani zlotowki, chociaz panorama zacna. PS Mieszkasz w Szczyrku? Mam dzialke rekreacyjna od strony Wegierskiej Gorki, wiec tamte okolice mam opanowane ^^
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 


Panianiani obserwuję od kilku miesięcy. Jest przepiękna, ale robi też przepiękne zdjęcia. Niedawno usłyszała, że żaden PRZYZWOITY mężczyzna nie będzie nią zainteresowany, ponieważ pokazuje swoje ciało na insta (to trochę za dużo powiedziane).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Właśnie siedzę w korpobistrze Pana Kanapki. Tutejszy mordor jest na wprost biblioteki akademickiej. Mam wrażenie, że wszyscy ludzie idący na swoje ołpenspejsy wyglądają na zmęczonych i poddenerwowanych.
Pamiętam każdą moją podróż do exkorpo, bo rozpaczliwie chciałam tam nie iść. Jakiś czas potem brałam udział w dyskusji o tym, jak to korpoludki powinny zejść do kopalni i zobaczyć co to praca, taka prawdziwa, bez drogiego ekspresu w pomieszczeniu socjalnym. Praca w korpo to bowiem takie urywki z Pokolenia IKEA.

Bałam się rzucenia etatu, ale wyszło mi to na dobre. Tylko że wiem o tym z perspektywy czasu. Myślenie o zmianach które MOGŁABY przynieść przyszłość jest znacznie mniej komfortowe.
 

 
O tym że jestem starej daty najlepiej świadczy fakt, że chciałabym publikować treści pod własnym nazwiskiem, ale boję się braku nadrzędnej instytucji weryfikującej. Kiedy piszę do czasopisma branżowego ostateczną decyzję podejmują recenzent i naczelny. Wszystko co opublikowałam w druku przeszło przez czyjeś ręce, ktoś przyklepał moją metodę, środki wyrazu i wnioski. Pisanie bloga branżowego to inna forma ryzyka i wcale nie czuję się kompetentna, bo wyrosłam w innej kulturze bycia w Internecie.
  • awatar blackberryswirl: @Parole: Raz zdarzyło mi się tak, że korektor mi nabruździł w tekście. W publikacjach naukowych muszę zaklepać każdą zmianę, więc jak coś mi się nie podoba, to jest to obszar do dyskusji. Inną rzeczą jest mentalność środowiskowa - na publikacjach naukowych się nie zarabia. To znaczy, że nawet jeśli napisałam rozdział do monografii wydanej za granicą, legitna wydrukowana na ładnym papierze książka, to zarabiam na tym zero złotych, a proces redakcyjny jest żmudny i poniżający. Treści publikowane w sieci mogą być potencjalnie monetaryzowane i dostarczane regularnie, a ja po prostu lubię pisać. Niedawno uświadomiłam sobie, że ja w sumie jestem kompetentna do pisania. To nie znaczy, że na pewno i zawsze będę tworzyć dobry jakościowo content, ale zajmuję się pisaniem, publikuję, jestem zapraszana na konferencje branżowe, a ciągle się boję, że sama sobie będę taką dziewiętnastoletnio blogerko, która się bawi w internet.
  • awatar Parole: A nie boisz się tego, że ktoś poprawi ci tekst tak, że będziesz się go wstydziła, bo znienacka się okaże, że masz większą wiedzę niż korektor/ recenzent/ naczelny? Doświadczyłam kilka razy takich sytuacji i było to dla mnie niezwykle żenujące.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Temat górski ciągle w modzie. Chyba przedwczoraj jakiś młody koleś przeszedł przez barierki na Wodospadzie Szklarki, poślizgnął się i rozbił głowę. Jak łatwo się domyśleć zmarł. Jeśli nie wiecie jak wygląda Szklarka, to prowadzi do niego chodnik z parkingu. Idzie się jakieś dziesięć minut, a w schronisku można kupić magnesik z imieniem albo pocztówki ze Szklarskiej Poręby. Przechodzenie przez barierki, żeby stanąć na kamieniu wystającym z wody i zrobić "lepsze zdjęcie", jakimś cudem niektórzy ludzie dają radę porównywać do himalaizmu zimowego i śmierci pod kopułą szczytową ośmiotysięcznika. Gdyby śmierć nie nastąpiła na miejscu, pieniążki na akcję GOPRu na 500 mnpm musiałyby się znaleźć. A przecież możnaby za to wykupić leki dla chorych dzieci.

A nie, żartowałam, nieodpowiedzialny turysta wcale nie jest żadnym tam idiotą, jak nieporównując, alpiniści.
 

 
Ciekawostka. Czytam dużo o decyzjach konsumenckich i trafiłam na takie wyniki badań sprzed 30 lat.

Hierarchia potrzeb z badań przeprowadzonych w 1987 roku przez G. Światowy (mierzona liczbą odpowiedzi na 100 badanych gospodarstw domowych)
1) dobra kuchnia – 72
2) urządzenie mieszkania – 57
3) wychowanie dzieci – 42
4) kształcenie dzieci – 26
5) gromadzenie majątku – 20
6) uzyskanie mieszkania lub budowa domu – 18
7) wyjazdy turystyczne – 14
8) samochód – kupno i eksploatacja – 13
9) modne ubranie – 10
10) życie towarzyskie i kulturalne – 9
11) podwyższanie kwalifikacji – 5

Dużo się pozmieniało.
 

 
Przykro słucha się ludzi, którzy mniej lub bardziej świadomie umniejszają dumę z własnych osiągnięć. Jedna z moich kursantek ma własną, doskonale prosperującą firmę. Jest też świetną, przemiłą osobą, tak już abstrahując od onieśmielająco pięknego domu i dobrego samochodu. Kiedyś rozmawiałyśmy o ubraniach i powiedziała mi, że lubi Deni Cler. A potem, jeszcze na tym samym oddechu dodała, że nie jest snobką ani nic z tych rzeczy. (Od snobizmu odżegnuje się też sama marka, i to dopiero jest straszne.)

Zaczęłam się zastanawiać, jakiego typu ludzi pieką cudze wydatki, nawet jeśli są to lniane sukienki za czterocyfrową kwotę. Dlaczego miałłabym krzywo patrzeć na miłą panią, która zarobiła na swoje dobrze skrojone ubrania?

(Szczególnie, że Deni Cler szyje naprawdę piękne ubrania. Cały zestaw tutaj: http://denicler.eu/product-pol-3171-Ciemnozielone-rozszerzane-spodnie.html jest doskonale w moim typie. Na wyprzedaży kosztuje jednak ponad 1000 złotych (bez butów). Czy wydałabym tyle na spodnie i sweterek z wiskozy? Nie wiem, musiałyby NAPRAWDĘ dobrze leżeć na moich nietypowych proporcjach. Skład ubrań Deni Cler nie zawsze jest imponujący, ale rekrutują polskie krawcowe, także sprawdzanie wszywek może być formalnością.)
  • awatar ღ ღ Tormenta ღ ღ: @blackberryswirl: Plecy w postaci rekomendacji to zupełnie coś innego niż założenie, że ktoś dostał dobrą pracę mimo braku kwalifikacji, tylko dlatego, że załatwił ją przykładowo ktoś z rodziny.
  • awatar blackberryswirl: @ღ ღ Tormenta ღ ღ: Z tym mieniem plecow tez jest roznie. Wolalabym zatrudnic kogos z polecenia. I w druga strone - jesli moge pomoc znajomemu rekomendacja to to robie. I jest to naturalne, tylko cieszy sie zla slawa.
  • awatar ღ ღ Tormenta ღ ღ: @blackberryswirl: Tak, jakby kredyt na 400 tysięcy był jakimś szczególnym osiągnięciem :p Z moich doświadczeń wynika, że im mniej zaangażowani w pracę/rozwój, im mniej zarabiają, tym bardziej niezadowoleni z życia i przekonani, że jak ktoś ma, to no musiał ukraść/mieć plecy/być nieuczciwym :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
Nie odczułam jakoś szczególnie tego weekendu. Spędziłam dziesięć godzin w bibliotece uniwersyteckiej i kupiłam bilety do teatru na przyszły tydzień. Dobrze wiem, że gdybym miała jeden dzień na nicnierobienie, to zutylizowałabym go "nadrabianie" i "ogarnianie", ale mimo wszystko chciałabym jeszcze jedną dobę wolnego.

Ostatnio zaczęłam jeść weekendowe śniadania w hotelach. Lubię hotele, lubię też szwedzkie stoły. Mieszkam w przyjaznej turystom okolicy, gdzie za omlet w "śniadaniowni" płaci się dwadzieścia złotych, za kawę piętnaście jak się dobrze trafi. Szwedzkie stoły po prostu są rozsądniejszą opcją. W tym tygodniu padło na czterogwiazdkową sieciówkę, która miała najmilszą obsługę na świecie, i beznadziejną piątkę, w której za korzystanie ze szwedzkiego stołu płaci się 70 złotych od osoby, a potem trudno jest znaleźć coś zjadliwego. W nagrodę udało mi się zarezerwować stolik w nowym miejscu, w menu którego są pozycje... dla zwierząt. Cały obiad uśmiechałam się do buldożków, które dostały swoje własne dania.

Upiekłam tartę z grzybami. Skończył mi się gin. Minusem posiadania twardej głowy jest to, że gin szybko się kończy.
 

 
Wypominanie.

Wypominanie kosztów akcji ratunkowej, sfinansowej ze zbiórki publicznej, nie z podatków. Najwyraźniej ludzie uzurpują sobie prawo do dysponowania cudzymi pieniędzmi.
Wypominanie Mackiewiczowi, że jest ojcem i osierocił dzieci.
Wypominanie Revol, że zostawiła swojego partnera w strefie śmierci. Wypominanie Revol, że zrobiła to po raz drugi w karierze. Nikt nie wspomina, że Elizabeth Revol jest doświadczoną himalaistką, a Mackiewicz samoukiem, prawdopoobnie technicznie i kondycyjnie słabszym od "baby", która dała radę zejść na odmrożonych stopach.
Wypominanie autorom zbiórki, że zbierali na Mackiewicza a nie chore dzieci. Cały czas mówimy o kwocie 50 tysięcy. Ktoś oszacował, że nawet gdyby to było wzięte z podatków, to dałoby 0,008 grosza na przeciętnego podatnika.

Ktoś kiedyś nakręci o tej akcji film.
  • awatar OloT: Niestety ale tego można było się spodziewać w komentarzach. Niektórzy to by widzieli Revol przy garach z gromadą dzieci a Mackiewicza w drodze na zmianę na 6-ta rano na przystanku autobusowym.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 


Ale że co?


Jakiś czas temu zdarzyło się tak, że pojechałam sobie na skałki. Nie miałam raków, a lód po nocy jeszcze nie zdążył stopnieć, w każdym razie moje niezbyt majestatyczne siniaki po obsunięciu się dopiero zmieniają kolor z fioletowego na żółty. Kocham góry, ale niestety jestem kiepska we wspinaczce - mam rąsie jak spaghetti, astygmatyzm i problemy z koordynacją. Odcinek, który latem zabrałby mi pół godziny, w styczniu pochłonął trzy razy tyle i kosztował obity tyłek, a i tak dobrze, że nie wybite zęby.

Ale nie o tym.

Na samym dole spotkałam paniusię z dziećmi. Paniusia miała botki na lekkim obcasie i płaszczyk, dzieci jakieś pseudosportowe buty zimowe. Zapytała o warunki na skałkach, a potem i tak poszła zdobywać szczyt, bo przecież musi być jakaś nieoblodzona ścieżka bokiem. Gdyby się poślizgnęła i skręciła nogę, to środki na akcję GOPRu musiałyby się znaleźć, a Mackiewiczowi wypominają kwotę za którą można kupić średniej klasy auto. Historia go osądzi.
 

 
Niedobrze mi od komentarzy pod adresem Tomasza Mackiewicza.

Ktoś słusznie napisał, że gdyby wypadkowi podczas skoku uległ Kamil Stoch, to Polska wstrzymałaby oddech, ale himalaizm to nie sport, tylko taka kosztowna i kłopotliwa forma samobójstwa. No i Mackiewicz ma dzieci, więc jak, cholera, śmiał tam włazić.
  • awatar blackberryswirl: @Ewel...: Moim zdaniem to JEST kaprys, i to obarczony znacznym ryzykiem, co nie zmienia faktu, że oni weszli na tę górę zanim Tomasza dopadła choroba wysokościowa, więc ustanowili określony wynik dla polskiego sportu. To nie jest takie sobie dreptanie na Giewont w klapkach, gdzie można skręcić kostkę i za hajs podatnika ściągać TOPR. Nawet jak ktoś do tej akcji nie dołożył ani grosza, to i tak przeżywa, że tyle hajsu na jednego debila. Mnie boli jak TOPR ściąga źle przygotowanych ludzi z Orlej, ale nie marudzę w Internecie, że przytuliłabym te środki na inne wydatki.
  • awatar Ewel...: Dokładnie. Moj A. kocha góry, nie walczę z tym, bo to jest jego pasja. Kurcze.. Jedni zbierają znaczki, czytają książki, gaja w piłkę, jeżdżą na rowerze, biegają, a inni właśnie zdobywają szczyty. I z tym co napisałaś się zgodzę, jakby np. Lewandowski uległ wypadkowi to nikt nie mówiłby, że to jego wina, bo przecież gdyby nie wszedł na boisko i nie grał w piłkę to byłby cały. Większość ludzi okazała u trochę empatii, ale jestem pewna, że nie byłoby takich krytycznych głosów. Zdecydowana większość nie traktuje gór jaki formy sportu, niestety dla większości ludzi jest to jakiś kaprys.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Gdybym dawała moim notkom tytuły, ten wpis miałby tytuł: "Sprzedaż łaszków z drugiej ręki - edycja polska", chociaż to trochę niepatriotyczne i w sumie nie wiem jak jest na zagranicznych portalach sprzedażowych. Wiem jak jest na lokalnym podwórku - miernie.

W moim miasteczku jest jeden wyjątkowo dobry lumpeks, który był jeszcze troszkę fajniejszy, kiedy panie ekspendientki nie umiały wyceniać towaru i trafiało się Marimekko za 20 złotych (niestety nie w moim rozmiarze) albo Ralph Lauren za 14 (na szczęście w moim rozmiarze). Od swoich początków w handlu detalicznym panie zdążyły się jednak podszkolić i skończyły się sukienki z Desigual za cenę dużej kawy w sieciówce. Jestem wielkim miłośnikiem kupowania z drugiej ręki, ponieważ wychodzę z założenia, że jeśli t-shirt przeżył przynajmniej jednego właściciela i ciągle ma nieskręcone szwy, to jeszcze chwilę mi posłuży. I w sumie rzadko się przejechałam na googlaniu nieznanych mi marek i weryfikowaniu czy na metce wszystko się zgadza.

Przy czym handel używkami na allegro czy olx to jest trochę inny poziom.

Jestem fanką nieistniejącej już marki Stills. Jeśli ktoś ma ochotę pooglądać jak wyglądają piękne zdjęcia pięknych ubrań, to instragram Stills Atelier nie został skasowany po zamknięciu działalności. Ponieważ manufakturzysta zakończył produkcję, pozostaje mi kupowanie ubrań z drugiej ręki, a więc regularne polowanie, aż trafi się coś co jest w moim rozmiarze i nie zostało zmasakrowane w sortowni. No i to jest ten moment, kiedy handlarom z allegro lekko odbija - brzydkie zdjęcia, na których zmechacenia widać z kilometra. Ja wiem skąd przyszły te ubrania - ktoś je upolował w lumpie i próbuje odsprzedać z gigantyczną "marżą", często nie mając działalności, za to wyobrażając sobie, że jest polską Doris Raymond. Tylko te ubrania są w dramatycznym stanie, bo zostały skołtunione w 120 l. worku na śmieci i wyciągnięte tylko do zrobienia kilku zdjęć na plastikowym wieszaczku.

Z ciekawości sprawdziłam, po ile chodzą bluzki z Marimekko. Po sporo, zważywszy na to, że mało kto uczciwie informuje, że to z H&M we współpracy z Marimekko. Z Hulanicki podobnie.


Niedawno wygrałam aukcję z łachem jednej z moich ulubionych marek. Trochę się boję, w jakim stanie przyjdzie.
 

 
Jakiś czas temu byłam fanką marki Wittchen, a potem przestałam nią być. I nie ma to nic wspólnego z rozszerzeniem kanału dystrybucji marki o sieci dyskontów Lidl, bo od kilku lat noszę no-name'owy pasek z Biedronki i jestem wyjątkowo zadowolona z tego zakupu. Poszło o przeniesienie produkcji do Chin przy zachowaniu oryginalnych cen. Wystrój salonów trochę się zmienił, zachowanie ekspedientek też, czarę goryczy przelała odpowiedź jednej z nich na pytanie, dlaczego nigdzie nie produkcie nie został ujawniony kraj pochodzenia. Roześmiała się, że przecież wszystko schodzi z taśmy w Chinach i w-s-z-y-s-c-y tak produkują. No, na szczęście nie wszyscy. (Pani z Wojasa zapytana o miejsce produkcji butów bez zająknięcia odpowiedziała "Nowy Targ").

Tak już mam, interesuje mnie jakość szwów, użyty materiał, komunikacja marketingowa marki i kraj pochodzenia.

Parę dni temu w galerii handlowej zauważyliśmy ogromną wyprzedaż w salonie Ochnik. Ochnik ogółem dobrze mi się kojarzył, ale na żadnej rzeczy nie znaleźliśmy informacji o kraju produkcji. Na stronie producenta też cisza w eterze, ale gdzieś przewinęła się przechwałka, że kożuchy za pięć tysięcy są produkowane w Polsce. Gdzie jest produkowana reszta? Możemy spekulować. Możemy też spekulować, czy plecaczek za 250 złotych został uszyty na tej samej linii co plecaczek za 70 z sieciówki i jak szybko zacznie się rozpadać. Mnie jeszcze zastanawia efekt skali - tak na oko Ochnik będzie miał z 50-60 sklepów w Polsce, to ile oni tego mogą zamówić? Jeden kontener na jedną kolekcję? Ile to jest sztuk, że nie opłaca się tego uszyć w kraju?

Tyle pytań, tak mało odpowiedzi.
  • awatar jardin-du-doute: O, ja nie wiedziałam, że przeneiśli taśmę prod. do Chin. Trochę niefajnie. Ale ja też przestałam chodzić do salonów, bo buractwo i słoma z butów wychodziła każdej jednej paniusi.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
W zeszłym tygodniu zadzwonił do mnie przedstawiciel firmy ubezpieczeniowej X i zaproponował mi półgodzinne spotkanie. Chociaż bardzo nie spodobało mi się skąd dostał mój numer (ktoś mu go podał bez konsultacji), zdecydowałam się umówić na rozmowę o polisach. Spotkanie trwało ponad godzinę, z czego przez pół opowiadał o sobie i swoich dzieciach. Na tym etapie już wiedziałam, że jeśli nawet przekona mnie do jakiegoś produktu, to kupię go od innego przedstawiciela. Na pożegnanie poprosił o numery telefonów do moich znajomych, żeby im również mógł przedstawić "najlepsze na rynku" oferty. Nie zgodziłam się, na co on powiedział, że w jego karierze nie zdarzyło się, żeby ktoś miał pretensje o telefon od handlowca. Powstrzymałam się od komentarza, że ja z kolei nie znam entuzjastów telemarketingu i nomenklatura nic nie zmienia. Oferta była zresztą średnia, a w jej prezentowaniu czuło się efekty szkolenia pod scenariusz, czyli najpierw ice breaker, potem opowieść o firmie, i dużo pseudoangielskich wtrąceń w rodzaju "dla nas to nie jest jakiś big dil" albo "szybko wypłacamy kesz". Przełamanie lodów też mu nie wyszło, bo hihihaha, widzę że ma pani takie nietypowe zwierzaczki domowe, no hihihaha, to ja pani powiem, że kiedyś takie otrułem.

Serio.

Bardzo szanuję przedstawicieli handlowych. Wykonują stresującą pracę, w której kompletnie się nie widzę, a przy tym najpewniej rdzeń ich pensji stanowi prowizja. Ale to spotkanie mnie przerosło. Koleś wbija mi w butach na dywan, bo przecież nie będzie świecił skarpetkami do garniaka, opowiada pół swojego życia w ramach zaciśnięcia więzi, odtwarza scenariusz jak w mokrym śnie trenera wewnętrznego, całe jego półgodzinne intro motywowane jest przekonaniem, że jako kobieta w wieku produkcyjnym marzę o polisie dla dzieci, a na koniec spotkania wyraża uprzejme zdumienie, że zamieniłam ex-korpo na edukację.

Ponad godzina życia zmarnowana.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Zawsze myślałam, że to tylko takie powiedzonko, ale nie mam czasu rozpakować walizki. Leży rozbebeszona jak wyrzut sumienia, bo nie mam też czasu nastawić prania.
  • awatar tiruriru: Gdy w końcu swoją rozpakowałam to powiem szczerze, że... pusty i smutny zrobił się kawałek podłogi, na którym spoczywała walizka :D
  • awatar Gość: Jaki pan taki kram hahahahahahaha
  • awatar Ewel...: Czasami jak wracam z delegacji to jeszcze się dobrze nie zacznę rozpakowywac, a już muszę się pakować na kolejny wyjazd:) Ale jest taka zależność, że czym dłużej leży tym lepiej pasuje do wystroju :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Zjechaliśmy jakieś 30 kilometrów z trasy, żeby zjeść w wyróżnionej w żółtym przewodniku restauracji przy skromnym pensjonacie. Droga jak z horroru - zjeżdżamy z krajowej w wojewódzką, korzenie nagich drzew wybrzuszają asfalt przy krawędziach jezdni, wszystko osnute mgłą i nigdzie nie widać żadnych zabudowań. Wjeżdżamy w zakręt. Na poboczu dwa duże czarne psy jedzą truchło sarny.

Myślę o recenzentach, o których przewodnik mówi tylko tyle, że mają wyrafinowane podniebienia. Najpewniej jechali tą samą drogą. Mijamy kilka biednych, wyludnionych wsi, w końcu z trudem wymijamy drugi samochód na drodze dojazdowej do posesji. Na oknach pensjonatu najklejki z flagą wiadomej instytucji, która daje środki na realizacje takich przedsięwzięć jak modna eko-knajpa z wielkomiejskimi cenami na kartoflisku, czterdzieści kilometrów od najbliższego miasta i Biedronki, które stoją już absolutnie wszędzie.


Jedzenie było kiepskie, obsługa poniżej poziomu; nigdy w życiu nie widziałam tak niezdarnych kelnerów. Mimo cen na poziomie 120-150 złotych za obiad od pary, lokal zapełniony był do ostatniego krzesła, a w pomieszczeniu obok na kanapach tworzyła się kolejka. Kolejka ludzi, których, co istotne, ostrzegano, że na sam stolik będą czekać ponad godzinę.

Najwyraźniej jestem rozbestwiona, bo nie zrozumiałam fenomenu. A w cieście było ciało obce.
  • awatar blackberryswirl: @Szkotka: W tym przypadku coś, co prawdopodobnie było kiedyś częścią ubrania osoby która przygotowała ciasto.
  • awatar Szkotka: Co to za ciało obce?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Fantastyczna recenzja kulinarna. Pogardliwe wypomnienie komuś ścieżki kariery - jest. Nieudana drwinka z najwyraźniej nieznanego słowa - jest. Autentycznie zdziwienie, że jedzenie w knajpie kosztuje wielokrotność cen składników - jest. Odniesienie do matek z dziećmi, małych bohaterek dnia codziennego - jest. Wyniosłe zakończenie - jest.

Tylko po co?

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
W szkole średniej słuchałam na potęgę The Cranberries i ogółem dobrze mi się ten zespół kojarzył. W zeszły piątek nawet rozmawiałam o Dolores z jedną z moich kursantek (jest fanką), a wczoraj przeczytałam w Internecie, że O'Riordan zmarła.
 

 
Karkonosze są chyba w modzie. Znalezienie noclegu w schronisku w jakikolwiek weekend do końca czyichkolwiek ferii zimowych graniczy z cudem. Znalezienie noclegu w hotelu również okazało się zaskakująco trudne. Miejsce które sobie upatrzyłam wybrało wystarczająco wielu ludzi, żeby hotel miał pełne obłożenie na długie tygodnie. Mam irracjonalne (?) lęki, że coś jest poważnie nie tak z hotelami, które mają jeszcze jakieś, jakiekolwiek wolne pokoje.

Poprosiłam o pomoc członków lokalnej grupy turystycznej, ktoś polecił mi agroturystyki. Napisałam, że nie wchodzą w grę i chyba kogoś tym uraziłam, bo już po chwili wyrwana do odpowiedzi pisałam długie wyjaśnienie, że agroturystyka nie będzie zainteresowana gościem na jedną, dwie noce, a jeśli już przyjmą mnie z braku innych chętnych to będą traktować jak zło konieczne, czego chciałabym uniknąć.

W tym momencie zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście jestem negatywnie nastawiona do agroturystyk i prywatnych kwater, chociaż to dwa skrajnie różne pojęcia.

W zeszłym roku w Karpaczu musiałam słuchać terkotania pana wyłudzającego opłaty parkingowe bez stosownej legitymacji, że on tutaj za rogiem ma takie fajne pokoje dla turystów, całe dwadzieścia złotych bez paragonu i, śmiem spekulować, z zagrzybiałą łazienką na korytarzu. Tylko głupio się uśmiechałam, bo co miałam mu powiedzieć - że jeśli nie chcę robić zakupów w Żabce, to śniadanie w pełni sezonu będzie mnie kosztować jakieś 40 zyko od osoby, a te 80 od pary plus 20 za nocleg bez paragonu jest już trochę za blisko ceny noclegu w ładnym hotelu? Ze śniadaniem bez ograniczeń, ze strzeżonym parkingiem i przeważnie z basenem lub chociaż torem do kręgli?

Agroturystyki często zachowują się, jakby robiły mi łachę. Chciałabym spędzić u gospodarza majówkę? Minimum pieć nocy. Chciałabym spędzić u gospodarza pięć nocy sama? Ma tylko czteroosobowe pokoje i jemu się nie opłaca wynajmować mi całego pokoju, skoro może wpadnie mu większa grupa. Hotele są lepsze i gorsze, ale przynajmniej nie dają mi odczuć, że sezon w ich wiosce trwa dwa miesiące i jestem im coś winna, bo teraz jest ten czas, kiedy muszą się dorobić za cały rok.

Czy ktoś tutaj ma jakieś doświadczenia z agroturystykami?
  • awatar zgroza: Ej, w Hotelu Miedzianka to propozycja wygodna, nie budżetowa, u Elżbietanek są fantastyczne kolacje/śniadania i łazienka w pokoju! Wiem, że nie jesteś nami :)
  • awatar blackberryswirl: @zgroza: Nope, nie przekonałeś mnie. Jestem zbyt wygodna :D
  • awatar zgroza: My jeździmy w takie tereny, że raczej wywołujemy zdziwienie, że ktoś do nich chce jechać. Zamiast Karkonoszy mam takie podpowiedzi: Hotel Miedzianka, dom pielgrzymkowy u Elżbietanek w Krzeszowie, Góry Kamienne.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Najwyraźniej Dr Irena Eris wycofała swoją kolorówkę z sieci Sephora i Douglas, co okazało się trochę problematyczne, od kiedy jakiś czas temu Rossmann został całkowicie usunięty z sieci dystrybucji marki. W każdym razie chciałam kupić róż, a kupiłam dwie torebki z Tatuum, bo tak działają galerie handlowe i jeśli nie można nabyć rzeczy A, to na pewno można znaleźć jakąś ładną rzecz B, C, D lub Z.

Uwielbiam Tatuum od 2004, kiedy na wycieczce szkolnej wydałam ponad połowę budżetu na czerwone spodnie tylko dlatego, że chciałam coś kupić w prawdziwym sklepie z "markowymi ubraniami", zamiast w małomiasteczkowym sklepiku z mydłem i powidłem albo na targu. Nigdy nie przestałam się zastanawiać, skąd brały się ubrania na handel na bazarach i jakiego rodzaju zamówienia składało się na bluzki z brokatowym logiem Big Brothera albo jeansy z wykonanymi z cekinów aplikacjami na tyłku.

Moje czerwone spodnie z Tatuum za jakąś chorą na owe czasy kwotę, czyli pewno tak z 40 złotych, były fantastyczne (pomimo ekstrawaganckiego koloru) i nosiłam je długie lata, bo były lepiej uszyte i dużo lepiej znosiły pranie niż szmatki z targu kupione między kapustą kiszoną a chemią z Niemiec. Sympatia do sklepu pozostała.

Tatuum sprzedaje obecnie poliamidowe sweterki za 200 złotych oraz spodnie "wykonane z odpornej na zagniecenia tkaniny" (wyjątkowo piękny opis poliestu z domieszką elastanu), ale torebki wyglądają na solidnie zszyte, więc ufam, że będą się dobrze nosić. W każdym razie - czytajcie składy materiałowe.
  • awatar blackberryswirl: @MakeUpYourLife: Tak twierdzą Panie z Sephory i Douglassa. Zostaje warszawski ConceptStore, ale po pierwsze nie jestem z Wawy, a po drugie stresują mnie takie high-endowe miejsca, bo ten róż co to go sobie upatrzyłam kosztuje całe 70 złotych, więc żadne żiwęszi.
  • awatar MakeUpYourLife: To teraz kolorowke tylko przez neta mozna kupic ?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Widziałam dzisiaj chyba pierwszą bransoletkę z Pandory, którą uznałam za ładną. Dość sceptycznie podchodzę do tej marki, bo pomimo genialnej komunikacji sprzedażowej, idea przywieszania kolorowych zawieszek kojarzy mi się z jakiegoś powodu z bazarem i wczesną podstawówką. Co pewno jest szalenie niesprawiedliwe, bo każda Pandora jest taka jaki gust jej właścicielki.

W każdym razie miałam okazję przyjrzeć się z bliska jak to działa i nawet weszłam na stronę sklepu, zajrzałam do katalogu, wyfiltrowałam sobie żółte złoto, cały czas myśląc, że może to jednak całkiem w porządku pomysł na błyskotkę, a tu kopnęło mnie w żołądek sześć tysiaków za gołą bransoletkę.

No i trochę drę łacha z "różowego stopu PANDORA Rose", bo to jest zrobione z miedzi i kosztuje sześć stów.

W każdym razie moje znajoma ma przepiękną, przemyślaną Pandorę, która pasuje do jej urody i trochę jej zazdroszczę, ale chyba jednak nie biżuterii tylko wyczucia stylu.
  • awatar Pussh: czy ktoś już ci może powidział, że fajnie się ciebie czyta?
  • awatar Floe: Taką biżuterią można zrobić samodzielnie ;) Co prawda nie będzie to na pewno różowe złoto, cuda, wianki, fajerwerki, ale sklepy z półfabrykatami moją sporą ofertę zarówno koralików modułowych, jak i baz do nich. No i nawet wykonanie takiego pojedynczego koralika zbyt trudne nie jest: igła, żyłka, drobne toho/preciosa, jakieś większe, np szklane perełki, a nawet na youtube jest od groma tutoriali, jak zrobić taki koralik. Co nie zmienia faktu, że moduły to też nie moja bajka, są dla mnie zbyt toporne ;)
  • awatar Judyta Zagubiona: do mnie tez ta biżu nie przemawia
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Abstrahując od kompletnie bezsensownego tytułu, to najśmieszniejszy artykuł jaki przeczytałam w Internecie od bardzo dawna.

http://www.antyradio.pl/Technologia/Internet/Polski-hotel-msci-sie-w-internecie-za-negatywna-opinie-19588

W skrócie - klientka wyraziła niezadowolenie z jakości obsługi w hotelu, na co administrator profilu na FB zareagował wyjątkowo hejterską agresją słowną. Historia wyciekła na Wykop (wiadomo) i dopiero po pewnym czasie właścicielka rzeczonego hotelu zorientowała się, że jej pracownik wyzywa gości od alkoholików i żebraków, a zrzuty ekranu lecą w eter.

Fanpage hotelu zniknął, podobnie jak zablokowana została możliwość recenzowania obiektu na kilku portalach, właściciele próbują ratować swoją reputację, podobno również strasząc Wykop sądem (co jest dość kuriozalne, podobnie jak zapewnienia, że skontaktowali się już z zarządem FB Polska).

W każdym razie, jest to przykład rodzimego hotelarstwa w jego najgorszej formie. Marketingu i zarządzania w sytuacjach kryzysowych przy okazji też. Hotel jest gdzieś w Tatrach, więc wątpię, żeby właściciele poszli z torbami. Na tym etapie konsumenckiej świadomości po prostu akceptuję, że infrastruktura w popularnych destynacjach turystycznych zawsze znajdzie osła, dla którego szwedzki stół to "bogate śniadanie", czystość pokoju to jakiś atut, a jedno jacuzzi starego typu i jedna sauna sucha w której nikt nie siada na ręczniku na dwustu gości to ekskluzywna atrakcja.


Znalazłam tylko jeden wątek w którym użytkownicy trzymali stronę hotelu i, jeśli dobrze zrozumiałam kontekst, dyskusja toczyła się między naszymi rodakami na obczyźnie, a koronnym argumentem był ten starzy jak świat o polakach-biedakach-cebulakach, którzy nie potrafią się zachować.
  • awatar Gość: @blackberryswirl: Piękne? Nie sądzę, bo ta ironiczna opinia uwypukla buractwo januszybiznesu i ogólnie mentalność Polaków. Chyba że brać pod uwagę taki zamierzony cel tego tekstu, to faktycznie.
  • awatar blackberryswirl: @gość: To. Jest. Piękne <3
  • awatar blackberryswirl: @pushthebutton: Wiem, ale coraz rzadziej. Trójki pozwalają sobie na twory w rodzaju trzech rodzajów żółtego sera i dwóch plasterków szynki na krzyż, do tego parę kubeczką Jogobelli i świecą. Byłam też w jednej czwórce która nie zrobiła NIC na ciepło i ogółem standard bufetu był jak na kolonii w Łebie w '98.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Przygód z planowaniem eurotripa ciąg dalszy. Za cenę obskurnego pokoiku bez śniadania w Paryżu mogę mieć apartament hotelowy z prywatną sauną w Wilnie. Wilno jest całkiem ładne i zdecydowanie tańsze, chociaż najlepiej zapamiętałam z niego przeraźliwe, bolesne zimno i skutki ogromnego błędu, jakim było założenie glanów na mróz -20 stopni.
 

 
Kupiłam sobie puzze 1500 elementów. Na pudełku obrazek wygląda przepięknie, ale układanie go to męka. Ponad połowę stanowią bowiem morskie, kotłujące się fale i niebo.
Przy okazji trafiłam jednak na forum miłośników puzzli i dyskusje o tym, czy lepiej się układa przy świetle naturalnym czy sztucznym wydają się być bardzo relaksujące. Ale ponieważ każda społeczność ma swoją gównoburzę, zastanawiam się o co można się pokłócić na forum puzzlo-maniaków.
  • awatar Pussh: @Szkotka: :D :D :D :D
  • awatar blackberryswirl: A, i raz kiedy jakiś koleś terrarysta wrzucił na grupę gryzoniową zdjęcie węża jedzącego szczura zapytałam, czy to prawda że penisy terrastów są odwrotnie proporcjonalne do długości ich gadów. Dostałam masę lajków, zanim koleś skasował wątek i się ewakuował.
  • awatar blackberryswirl: @Szkotka: W ostatnim czasie chyba tylko na grupach dla właścicieli gryzoni i to w powtarzalnych kontekstach (moje ulubione to "jak możecie wydawać pieniądze na leczenie gryzoni, zamiast dać ten hajs na biedne dzieci" oraz "trzeba być sekciarzem, żeby grzebać zwierzęta na cmentarzach dla zwierząt", przy czym ten drugi przypadek jest zarezerwowany dla mieszkańców Łodzi, bo oni tam mają taki przybytek; ja osobiście zostawiam zwierzaki u weterynarza i nie kupiłabym im pomnika z granitu, ale każdy ma prawo robić ze swoimi przyjaciółmi co uważa za najlepsze). Chyba tylko raz i to ze starego konta brałam udział w gównoburzy na pingerze, no i raz w sekcji komentarzy na kanale Anny Gidyńskiej.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›